Witam,
Mam pytanie i prosbe o rade do osob, które wiedza jak wyglada sprawa zwiazana z placeniem alimentow przez ojca. Moja sytuacja jest nastepujaca. Mam 8 letniego syna, z ktorego ojcem nie zyje. Wlasciwe przez pierwsze 2 lata nie placil alimentow na dziecko. Wtedy bylam zbyt glupia i balam się sadow by dochodzic swoich praw, a właściwie praw dziecka. W tamtym czasie nie pracowalam, bylam zarejestrowana na bezrobociu bez prawa do zasilku. Utrzymywali nas rodzice i mój brat. Po dwoch latach złożyłam wniosek o
alimenty. Jestem malo konfliktowa osoba, wiec zgodzilam się ?za porozumieniem stron? na
alimenty 300 zl, choc wiedziałam, ze ojca dziecka stac na wiecej. Od dawna prowadzi firme, ale sam mi powiedział, ze wykazuje najniższe dochody. Nie mam pojecia czy można to jakos udowodnic. Na rozprawie sedzina zaproponowala, ze jeśli sytuacja materialna ojca się poprawi (choc i tak była niezla, ale zrobil z siebie ofiare) zacznie placic wiecej. Nie doczekalam się nigdy ani grosza wiecej. Nie daje dziecku na wakacje, kieszonkowego, nie robi zadnych prezentow, zapomina o urodzinach, swietach. Po prostu beznadzieja. Może moim bledem było wychowywane syna w wierze, ze tato go kocha. Nigdy zlego slowa nie powiedziałam na jego ojca i zabranialam tez robic to komukolwiek. Tak się sklada, ze ojciec mojego dziecka jest człowiekiem, któremu zawsze jest malo i nigdy nie ma dosyc. Jest człowiekiem samotnym i mieszka z rodzicami, nie ma innych dzieci. Od kilku lat moja sytuacja się poprawila, zarabiam calkiem dobrze jednak podejście ojca dziecka zaczęło mnie już irytowac. Ilekroc proszę żeby zapłacił choc 50 zl wiecej staje się agresywny i szantazuje mnie, ze jak mi się nie podoba to może wogole przestac placic, a syn go już wiecej nie zobaczy. Dodam, ze syn właściwie od urodzenia choruje. Żaden z lekarzy nie wie na co. Rece opadaja bo na leki Ida okropne pieniadze. Mimo, ze zarabiam dobrze, utrzymuje sama mieszkanie, a dodatkowo daje moim rodzicom, którzy właściwie bez przerwy zajmuja się dzieckiem. Gdyby nie oni ja musiałabym przestac pracowac bo niestety praca zwiazana jest z dyspozycyjnością i wyjazdami raz na jakis czas. Powiedzcie, proszę, czy wogole jest sens pisac
pozew o podwyższenie alimentow? Wiem, ze na rozprawie on zrobi z siebie nieudacznika i biedaka, któremu zycie wiecznie rzuca klody pod nogi i nic mu się nie udaje. Prawda jest, ze ilekroć znajdzie sobie jakas kobiete, zdziera z niego wszystko i pozniej często zostaje bez grosza przy duszy, ale przeciez nie bedze się znizac do tego stopnia by mowic o tym w sadzie. Co zrobic???