Moje małżeństwo od kilku lat przeżywało kryzys. Właściwie zaczęło się źle dziać po przyjściu na świat drugiego dziecka - 12 lat temu. Żona zaczęła mnie "odstawiać od łóżka". Nie chcę pisać o szczegółach, bo to żenujące, w jaki sposób potrafiła mi siebie odmawiać. Na nic były moje prośby, żebyśmy z żoną spróbowali nasze problemy rozwiązać. Kończyło się tylko na obietnicach. Zaczęliśmy się z żoną oddalać od siebie. Zaczęły się złośliwości, uszczypliwości, chłód. W naszym małżeństwie okres abstynencji seksualnej potrafił trwać nawet kilkanaście miesięcy. Doszło do tego, że spaliśmy oddzielnie. W końcu miałem tego dosyć i ponad 2 lata temu wyprowadziłem się od żony i poinformowałem ją w najdelikatniej jak tylko potrafiłem, że nie mogę z nią dłużej żyć, mieszkać i że chcę rozwodu. Nie była to decyzja podjęta pod wpływem emocji, chwili. I nie miało na nią jedynie wpływu nieudane pożycie. Myślałem o tym już od jakiegoś czasu. Przez kilkanaście lat małżeństwa wyrósł między nami mur, a ja czułem się już wypalony. Mam dwójkę dzieci, które już wcześniej przygotowywałem na to, że się wyprowadzę. Zniosły to bardzo dzielnie. Ale zaczął się horror z moją żoną. Od razu zaczęła biegać z dziećmi do psychologa. Pewnie po to, żeby nie dopuścić do rozwodu. Zaczęła wykorzystywać uczucia dzieci, żeby mnie ściągnąć do domu. Starałem się być u dzieci codziennie. Uspokajałem je, zapewniałem o swoim uczuciu, tłumaczyłem, że nie są niczemu winne i nigdy nie powiedziałem przy nich złego słowa o żonie. Krótko po mojej wyprowadzce byłem u adwokata, który odradził mi wszczynanie sprawy rozwodowej. Stwierdził, że trzeba poczekać, bo w takiej sytuacji, kiedy żona będzie miała podkładkę, że po mojej wyprowadzce, dzieci wymagają pomocy psychologicznej, nie mam szans dostać rozwodu. Mieszkałem bardzo blisko dzieci, ale musiałem się stamtąd wyprowadzić, gdyż byłem stale nękany przez żonę. Nie dawała mi spokoju. Przez długi czas pisała listy, w których wielokrotnie podkreślała, że czuje się winna rozpadu naszego małżeństwa. Prosiła o jeszcze jedną szansę. Ale ja już nie potrafiłem się przemóc. Nie chciałem jej łez i cierpienia. Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić, ale nie chciałem jej też okłamywać. Nie da się na siłę kogoś pokochać. Rozmawiałem z nią, zapewniałem, że może liczyć na moją pomoc, ale tłumaczyłem równocześnie, że nie mogę być nadal jej mężem. Nigdy też nie obarczałem jej całą winą za rozpad naszego małżeństwa. Na jej życzenie chodziłem do pani psycholog, która również stwierdziła, że ja i żona bardzo się od siebie różnimy, że mamy całkiem odmienne oczekiwania względem siebie i miała pomóc mojej żonie pogodzić się z sytuacją. Po roku od naszego rozstania, sytuacja się uspokoiła. Ja w tym czasie poznałem kobietę mojego życia. Zacząłem nareszcie być szczęśliwy. Życzyłem tego samego mojej żonie. Chciałem, aby jej również udało się ułożyć sobie jeszcze z kimś szczęśliwie życie. Wreszcie w ubiegłym roku wniosłem sprawę o rozwód bez orzekania o winie. Moja żona przyszła na pierwszą rozprawę, niczemu nie zaprzeczyła, potwierdziła, że mnie nie kocha. Muszę przyznać, że po tym całym horrorze, jaki mi zafundowała wcześniej, zaimponowała mi taką postawą. Spodziewałem się na tej rozprawie czegoś wręcz odwrotnego - histerii, łez itp. Zacząłem mieć nawet nadzieję na to, że po rozwodzie będziemy mogli utrzymywać poprawne kontakty, choćby ze względu na dzieci. Niestety żona dowiedziała się, że związałem się z kimś innym. W niewybredny sposób poinformowała o tym dzieci. Zaczęła bardzo brzydko pogrywać, dogadywać mi przy dzieciach. Byłem zszokowany jej postawą. Inteligenta, wykształcona, ambitna kobieta, która zawsze podkreślała, że dobro dzieci jest dla niej najważniejsze - i tu naraz, posługuje się tymi dziećmi, jak najlepszą amunicją w sprawie rozwodowej. Na drugą rozprawę po prostu nie przyszła. Dostarczyła fałszywe zaświadczenie o chorobie, a ja wiem, że w tym dniu była w pracy. Teraz chce doprowadzić do tego, żeby sąd uznał moją winę za rozpad małżeństwa. Ona chce pozostać czysta jak łza. Minęły już ponad 2 lata od czasu, jak nie mieszkamy ze sobą, a jeszcze więcej czasu minęło od wygaśnięcia między nami trzech najważniejszych więzi małżeńskich. Mam na to świadków. Ona teraz najwyraźniej dąży do tego, żeby prać przed sądem brudy. Ja tego bardzo nie chcę, ale jedynie ze względu na nasze wspólne dzieci. Wiem, że po czymś takim utrzymywanie poprawnych relacji między mną a żoną nie będzie już możliwe. Moja żona najwyraźniej tego nie rozumie. Nie ma żadnych dowodów na to, że w czasie jak z nią mieszkałem, dopuszczałem się zdrady, bo nigdy jej nie zdradziłem. Ale ona postanowiła zrujnować mi życie, za to, że ją zostawiłem. Wiem, że albo nie wyrazi zgody na rozwód, albo będzie chciała orzeczenia mojej winy. Czy mam jakieś szanse na to, żeby się od niej uwolnić? Wiem, że bardzo zależeć jej będzie na wysokich alimentach. Jakich alimentów mogę się spodziewać, zarabiając niecałe 1000 zł netto? Bardzo zależy mi na tym rozwodzie i żeby go dostać, jestem nawet skłonny wziąć całą winę na siebie, bo to chyba jedyny sposób, żeby sąd orzekł rozwód. Tylko - jaką winę??? Czy moją winą jest to, że po tym, jak ustało pożycie między mną a żoną ( a ustało prawie na rok wcześniej, zanim się wyprowadziłem), jak zdecydowałem się na wyprowadzkę i poinformowałem ją, że chcę rozwodu i że w jakiś czas potem poznałem inna kobietę, którą pokochałem i z którą chcę założyć rodzinę??? Czy to można faktycznie uznać za przyczynę rozpadu mojego małżeństwa i uznać wyłącznie mnie winnym, skoro moje małżeństwo rozpadło się dużo wcześniej???
