Jestem ojcem 2,5 rocznej dziewczynki. Matka dziecka chce wspólnie ze swoją teściową, teściem i szwagrem pozbawić mnie praw do dziecka jub je ograniczyć. Żona zabrała mi klucze do wynajmowanego wspólnie mieszkania, nie odbiera telefonów lub kiedy odbiera nie pozwala mi rozmawiać z dzieckiem. Nie mogę się również widywać z dzieckiem, a kiedy pukam do drzwi odpowiada że teraz nie mają dla mnie czasu. Ostatnio w takiej sytuacji zadzwoniła do mnie teściowa na telefon komórkowy (mieszkająca wraz z teściem i szwagrem w innym mieście), informując mnie, że "zastanowią się kiedy mnie mają wpóścić". W Wielką Niedzielę żona i jej rodzina "zezwolili mi na widzenie" dziecka w naszym mieszkaniu w otoczeniu 4 osób. Poprosiłem żonę o wyjaśnienie całej sprawy ale odmówiła. Poprosiłem więc by pozwoliła mi chociaż wziąc córkę na spacer ale uzyskałem odmowę ze strony całej rodziny a szczególnie szwagra, który oświadczył "że nie ma takiej możliwości", po czym zamknięto drzwi od wewnątrz i wyjęto klucze. Zatelefonowałem na policję. Funkcjonariusze zadali mnie i żonie serię pytań. W trakcie rozmowy okazało się że żona dwa tygodnie wcześniej założyła wniosek o separację, o czym nie wiedziałem (nie umiała jednak przedstawić dokumentu i nie potrafiła powiedzieć gdzie dokonała założenia sprawy). Na pytanie policji dlaczego nie pozwala mi wyjść na spacer z dzieckiem, odpowiedziała że obawia się iż nie będę się umiał nią zając i że mogę z nią nie wrócić! (nigdy nie zdarzyło się coś, co uzasadniałoby taką wypowiedź). Zapytałem policjantów co mam więc robić, ponieważ nie mam do mieszkania kluczy, rodzina nie pozwala mi no osobisty kontakt z dzieckiem i trzecie osoby decydują za mnie co mogę i czego nie? Uzyskałem odpowiedź, że nic nie mogę zrobić i nie mogę też zabrać dziecka na spacer bez zgody żony "a jeśli będzie mi się działa krzywda, to mam dzwonić na komisariat". Jedyne co mogę - poinformowano mnie - to złożyć wniosek do sądu. Panowie powiedzieli również że jako ojca mnie rozumieją ale jako policjanci w niczym nie mogą mi pomóc. Po tym wszystkim co usłyszałem po prostu zwątpiłem w sprawiedliwość i nasze prawo. Usiadłem i patrzyłem na moje dziecko, na szydercze uśmiechy rodziny żony i nie mogłem uwierzyć że to się dzieje naprawdę. Po tym jak zaproponowano mi ciasteczko ze świątecznego stołu, po prostu wyszedłem, bo czułem że moja ludzka i męska cierpliwość się kończy. Gdy wróciłem, drzwi były znów zamknięte.
Nie wiem w jakim celu to wszytko piszę, bo i tak muszę skoryzstać z pomocy adwokata ale dzisiaj jest drugi dzień świąt i jestem sam. Nie wiem co się dzieje z moją córką, bo telefonów nikt nie odbiera a mieszkanie jest zamknięte. Jak to możliwe aby w majestacie prawa tak upokorzyć ojca i jego
ojcostwo? Intuicja podpowiada mi, że coś tu "nie gra". Łożę znaczne środki na utrzymanie rodziny (zarabiam kilka średnich krajowych), ciężko pracuję (nielimitowany
czas pracy, bywa że nie ma mnie w domu 2 tygodnie i dłużej), nie jestem pijakiem, nigdy nie zrobiłem krzywdy dzeicku i żonie, kuppuję dziecku jak każdy tata zabawki, opłacamy opiekunkę do dziecka (bo żona ma podobny charakter pracy jak ja i też dobrze zarabia). O co w tym wszystkim chodzi? Liczę na to, ze ktoś z Państwa, kto zna się na rzeczy (niezależnie od tego że skorzystam z pomocy adwokata), doradzi mi jak mam się zachować i co zrobić. Nie wierzę również, że takie jest nasze prawo i nie dopuszczem myśli, że ktoś może pozbawić mnie praw do dziecka. Niech to będzie też przestroga dla zapracowanych ojców, że mogą się nie zorientować, kiedy ktoś bliski "zrobi ich na szaro".
Z oczywistych względów nie podaję prawdziwego imienia.