:-) obawiam się, że wszystko doskonale rozumiem... choć jestem tą drugą. Najprościej mówiąc sytuacja wygląda tak, że nie mogę wcale powiedzieć, że żona mojego pratnera jest osobą nieodpowiedzialną lub trwoniącą pieniądze przeznaczone dla ich wspólnych dzieci. Nie mogę też - i nie chcę - powiedzieć, żeby była złą matką - choć z niektórymi metodami wychowawczymi tej pani zupełnie się nie zgadzam. Powiem też inną rzecz: gdyby mój partner nie przejmował się losem swoich dzieci, uchylał się od łożenia na ich utrzymanie, to nie byłabym z nim, bo nie mogłabym kochać kogoś, kogo nie szanuję i z kim nie mogłabym planować wspólnych dzieci, bo zastanawiałabym się, czy naszego dziecka nie potraktowałby tak samo. A jednak brak zgody na rozwód, mimo, że od kilkunastu lat nie mieszkają razem, musi być podyktowany jedynie chęcią dokopania tatusiowi, bo ten opłaca każde dodatkowe zajęcia, jakie się córkom zamarzą, wszystkie wakacje, ubrania i wiele, wiele innych - doprowadził do debetu na koncie rzędu 10.000 zł i od kilku lat nie jest w stanie z tego długu wyjść, mimo, że oszczędza na sobie do tego stopnia, że jak mu się buty rozkleiły, to je sam sobie skleił (!). A wykonuje prestiżowy zawód - tak zwany zawód zaufania publicznego. Tak, wiedziałam, że wiążę się z mężczyzną, który ma zobowiązania i godziłam się na nie. Więcej: nie zamierzam ograniczać funduszy, jakie mój partner łoży na swoje dzieci. Dlaczego jednak on boi się założyć sprawę o rozwód, przewidując, że w walce o zabójcze dla niego
alimenty - czym grozi mu żona - wygra właśnie ona? Może dlatego, że w sądach zazwyczaj wygrywają mamy - niezależnie od tego, czy ich żadania są uzasadnione, czy nie? Poza tym jest jeszcze jedna kwestia: dzieci biednych, ale nie rozwiedzionych, rodziców mają ograniczone możliwości i nikt nie zmusza ich ojców za pośrednictwem sądów do łożenia na ich utrzymanie kwot, których nie są w stanie zarobić. Dzieci takich rodziców dostają proporcjonalnie tyle ile są w stanie dać im rodzice. Dlaczego takie same reguły nie obowiązują rozwiedzionych rodziców? Czy człowiek, który naprawdę jest biedny (nie mówię tu o ojcach uchylających się od obowiazku alimentacyjnego - takich należy przykłądnie karać) nie ma prawa do obrony przed szukającym odwetu byłym małżonkiem - niezależnie od płci? Może warto jednak walczyć o to, żeby wymiar sprawiedliwości w tym kraju zaczął rzeczywiście wymierzać sprawiedliwość?